Kanada dzień siódmy

W niedzielę wybrałyśmy się do muzeum nauki- kolejnej pozycji na Passie, ale jakoś tak długo szłyśmy przez grecką dzielnicą, że jak doszłyśmy w jego pobliże było już za późno. Wtedy zrozumiałyśmy, że nie mamy jednak Ruchomego Zamku Hauru, tylko Toronto jest Abaratem a my pływamy od wyspy do wyspy.


Bardzo polecam Wam książkę „Abarat” Cilva Barkera- to jedna z najważniejszych książek mojego dzieciństwa i jestem pewna, że jej ilustracje bardzo mocno ukształtowały mój gust wizualny. Zeskanowałam nawet je wszystkie za grube dla mnie w czasach wczesnego gimnazjum pieniądze, wydrukowałam na kolorowej drukarce i zrobiłam z nich wielki plakat, a tymi maleńkimi okleiłam szafkę na krawieckie przybory z Ikei, miałam je też na wszystkich zeszytach.

Myślę, że to taki rodzaj ilustracji dla dzieci, który jest świetnym wstępem do odbioru przez nie wyższej i bardziej skomplikowanej sztuki. Dla mnie w świecie małego miasteczka (zresztą jeszcze nudniejszego niż to, z którego pochodziła bohaterka) tego rodzaju książka była naprawdę intensywnym wtargnięciem w moją wizualną wyobraźnie i drastycznym rozszerzeniem granic- poza czasopismem „Przygoda ze sztuką” i obrazkami w książce do Plastyki nie miałam zupełnie styczności z malarstwem, a na pewno nie ze współczesnym. Zresztą pamiętam, że i te podręczniki po zakończeniu roku cięłam na drobne kawałki i oklejałam co się da tymi mini zdjęciami Altamiry i fragmentami obrazów Bruegla. Nie wyobrażałam sobie nawet wtedy, że kiedykolwiek zobaczę je na żywo.

Wracając jeszcze na chwilę do Abaratu- jest to książka w typie Harry Potter czyli odrzucona i znudzona w małym miasteczku dziewczynka trafia do magicznego świata. To co stanowi o jej wyjątkowości to właśnie sposób skonstruowania tego miejsca. Jest to archipelag 25 wysp, z których każda jest zupełnie inna i na każdej przez cały czas jest inna godzina- po jednej na każdą godzinę doby, zaś wyspa dwudziestapiąta jest poza czasem i nikt nigdy z niej nie wrócił. Książka jest też najmroczniejszą opowieścią dla dzieci z jaką kiedykolwiek miałam do czynienia- widać w niej szaleńczą, frenetyczną wyobraźnię autora, która wydobywa się pod ogromnym ciśnieniem jak lawa z wulkanu, wciąż i wciąż upychając w niej do granic możliwości swoje wizje i pomysły, które są na swój sposób ważniejsze niż fabuła. Tak jakby cała książka była złożeniem bardzo mocnych obrazów i postaci, dla których zaistnienia fabuła jest tylko pretekstem. Bardzo to przypomina mój typ wyobraźni, dlatego czuję z autorem pokrewieństwo dusz. Nawet mój pseudonim, którym się tu podpisuję pochodzi z tej książki.

 
Wracamy do Toronto i do metra z naszej nieudanej pod kątem dotarcia do celu wyprawy. Jednak przez zagapienie/ zagadanie mijamy stacje tylko po to by za chwilę dobić do brzegów Indii. Trafiłyśmy na festyn w dzielnicy little India- szalona zabawa, stragany z jedzeniem i wyprzedażą indyjskich ubrań, wesołe dzieci i orkiestra grająca najmodniejsze hity w strojach i choreografii rodem z Bollywood.

 

Konarita kupiła sobie piękną spódnicę, która na pewno jeszcze się tu pojawi. Hindusi potrafią się naprawdę świetnie bawić i mimo, że ożywiona została tylko jedna uliczka, a wszystko inne wokół pogrążone było w niedzielnym letargu, atmosfera była rozbuchana na miarę miejskiego święta.

Na pewno przyszedł kto mógł- panie robiły zakupy na wyprzedażach, dzieci brały udział w teatralnych zabawach prowadzonych przez klaunów, dziewczyny bujały się pod sceną, a chłopcy obserwowali je z tyłu opierając się o swoje wypucowane bryki. Czas nam już było jednak wracać, gdyż godzina zrobiła się późna.

 

Mam na sobie kolejną z moich trzech spódnic z klinów- o tym skąd wziął się w mojej szafie ten krój napiszę później przy notce, w której mam na sobie pierwszą z nich- ale to po powrocie z wakacji. Co jest tu godne opowiedzenia to pochodzenie tkaniny w kwiaty składającej się na całą jej kompozycję. Kiedy moja babcia poszła do pracy w zakładach tekstylnych mając 14 lat za pierwszą wypłatę kupiła sobie komplet do własnego uszycia (gotowy wykrój) bluzki ze spodniami w takie właśnie kwiaty. W tamtych czasach (1954 rok) tego rodzaju nadruk i fakt noszenia spodni przez dziewczynę był strasznym szaleństwem i wyrazem wielkiego buntu, szczególnie w małej wiosce. Kiedy ja byłam już nastolatką dostałam od niej ten komplet. Bluzkę noszę do tej pory i na pewno jeszcze się tu pojawi, za to spodnie miały już bardzo zniszczoną górną część więc wykorzystałam wzory na końcu ich nogawek do stworzenia tej spódnicy. Dobrałam do nich żółty i czarny len żeby zminimalizować niebieski i brązowy, za którymi w dużej ilości nie przepadam. W tej wersji mogę założyć do niej bardzo moją pasiastą bluzkę, która nawiązuje do pasków na samym dole spódnicy.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s